Wracałem zmęczony i lekko poirytowany przebiegiem zebrania wspólników. Całe szczęście o tej porze nie mogło być mowy o korkach. Jedyną myślą jaka kołatała się w mojej głowie była chęć na długi, gorący prysznic i szklaneczkę dobrej, szkockiej whisky. Skręcając w ulicę na której znajdował sie podjazd do domu, ujrzałem zapalone światła w kuchni i salonie. Zostawiając samochód na podjeździe pospieszyłem ku drzwiom otwierając je ostrożnie. Nie zdejmując butów wszedłem do salonu w którym zapalone było swiatło i telewizor. Mimo surowego zakazu, na mojej ulubionej sofie leżał sobie wygodnie Winston, bulldog który na mój widok przewrócił tylko śpiącymi oczyma i ruda kotka trzymającą go w objęciach. Zdejmując marynarkę usiadłem w fotelu. Rozpinając spinki u rękawów koszuli, mój wzrok mimowolnie zatrzymał się na dwudziesto-kilku letnim, półnagim, rudowłosym obiektem westchnień niejednego faceta. Jej filigranowe stopy wsunięte były pod mój ulubiony koc, okryty którym, uwielbiam oglądać Indianę Jonesa po raz N-ty w mroźne zimowe wieczory. Jej ledwo przykryte przykrótkawymi szortami pośladki i lekko rozchylone uda które gdy idzie, długo zostają później w pamięci. Pulchny Winston zasłaniał jej smukły brzuszek i pełne, foremne piersi które teraz były ukryte pod o zgrozo – moim podkoszulkiem. Lekko wygięta szyja i twarz o tysiącu piegów rozmaitej wielkości, kształtu i odcieni. Całość dopełniały smukłe jedwabiste dłonie o długich palcach które w większości służyły jej do trzymania palącego się papierosa. Z pod nawału rozpuszczonych włosów które zdawały rozpalać moją kanapę, patrzyła na mnie para zielonych oczu. O ironio! Na kanale muzycznym snuła się piosenka INXS „Beautiful Girl”.
Winston wyczuł sytuację i szybkim ruchem „ewakuował” się z kanapy, upewniwszy się że nie puszczę się za nim, obserwował mnie kątem oka kierując się w stronę kuchni.
„Haj”- powiedziała kotka przeciągając się ostentacyjnie w taki sposób, by już przykrótkawe szorty stały się jeszcze krótsze. Nic mnie tak nie drażni jak nonszalancja w momentach nieodpowiednich.
„Haj”- odpowiedziałem bez emocji chowając spinki do kieszonki marynarki. Nie dając wyprowadzić się z równowagi obserwowałem jak „poprawia” zburzoną krótkim snem fryzurę, potrząsając przy tym zawartością podkoszulka w ten sposób by po chwili stał się on bardziej napięty i nabrzmiały w dwóch przykuwających uwagę miejscach. Wiedziała o tym doskonale. Zresztą, nie ona jedna. Odwróciłem wzrok skupiając się na zmianie kanału w telewizji. Rozczarowana moim brakiem zainteresowania wstała i stwierdziła sucho- „Chcesz coś do picia, bo idę do kuchni?” Nie patrząc w jej stronę odrzekłem „Nie, dziękuję. Już piłem” Zdezorientowana odwróciła się na pięcie i powędrowała do kuchni. Znów mimowolnie odprowadzałem ja wzrokiem, patrząc jak poprawia przykrótkawe szorty które z jednej strony zawisły prawie na linii pasa, instynktownie kołysząc biodrami w taki sposób aby nie można było myśleć o niczym innym. Mam tylko nadzieję że nie będzie ukradkiem popalać w kuchni stojąc blisko pochłaniacza. Mimo zakazu i tak czuje zapach palonych papierosów gdy zostaje sama w moim domu. Kiedyś przesiadłbym się na sofę i obserwowałbym jak staje na palcach by dosięgnąć jej ulubionych szklanek. Jej smukłe łydki, jędrne foremne uda, perkate pośladki ledwo przykryte krótkimi szortami. Ale nie dziś. Rozwiązując buty przeniosłem je do przedpokoju, minąłem kuchnię, rzuciłem w jej kierunku obojętne „Tylko nie siedź za długo” i wyszedłem na piętro.
Stojąc pod prysznicem zaczynam się zastanawiać, co więcej oprócz młodego gorącego ciała ma do zaoferowania światu to rude kocię? Co poza ponętnym kształtem, zawadiackim uśmiechem i spojrzeniem które roztopiło by górę lodową gdyby postawić ją na dziobie Titanica. Zastanawiam się dzisiaj bo jutro, jutro już jej tu nie będzie…
Trzasnęła drzwiami po raz ostatni. Nawet w duchu przyrzekała to sobie wielokrotnie, jednak za każdym razem gdy spędzali ze sobą tak upojny wieczór jak wczoraj, coś się w niej buntowało i pozwalało mu znów uwierzyć. Biegła w dół po schodach nie zważając na doganiające ją wykrzyczane przez niego prośby by wróciła. Kolejna ósemka krętych schodów na których nie raz połamała by sobie nogi gdy biegła z nim na górę, do jego mieszkania. Teraz jednak schody prowadziły ją w zawrotnym tempie w dół. Na połamanie karku biegła, by nie dogoniło ją znow to tak raniące ja słowo.
Wybiegła na ulicę która przywitała ją strugami deszczu. Z trudnościa opanowała poślizg szpilek na mokrym chodniku, któremu wcale nie pomagał wysmykujący sie pasek z jej rozchełstanego płaszcza. Niezdarnie probowala doprowadzić go do porządku. Mijała coraz to nowe twarze przechodniów których dziwiła kobieta w przydługawym męskim trenchu, próbująca opanować dyndający na wszystkie strony niesforny szary pasek. W końcu dała za wygraną i mocnym szarpnięciem pozwoliła mu zostać w kałuży brudnego chodnika. Nie oglądała się za siebie. Instynktownie czuła że za nią nie pobiegł. Nigdy tego nie robił. Nie miał jaj? Nie, to nie to. Był zbyt dumny by prosić kobietę. Był zbyt dumny by przyznać się do błędu. Którego to już z kolei? Nie chciała pamiętać. Wściekłość na przemian z żalem bawiły się nią w strumieniach deszczu który jak na złość zaczął padać jeszcze intensywniej. Każda spadająca kropla sprawiała wrażenie że płaszcz nasiąka wodą, stając się coraz cięższy i zamiast dawać ochronę przed chłodnym już, pażdziernikowym deszczem, utrudniał jej każdy kolejny krok. Zatrzymała się na moment. Przez jej głowę przebiegła szaleńcza idea na której samą myśl uśmiechnęła się do siebie. Jednym zwinnym ruchem zrzuciła z siebie szary trench i z wściekłością zaczęła go deptać. Płaszcz, nasiąknięty wodą z chodnikowej kałuży, zaczął powoli poddawać się kolejnym uderzeniom obcasów jej szpilek. Świat zatrzymał się na moment gdy w furii uderzeń zaczęła krzyczeć. Był to krzyk euforii i oczyszczenia. Deszcz zamarł w czasie i przestrzeni , czekając cierpliwie aż dokona się dzieło rozstania z brudną, przytłaczającą przeszłością. Krople deszczu ktore uwolnione przez płacz,zaczęły spadać na jej twarz mieszając się ze łzami. W ostatnim geście obrzydzenia kopnęła dziurawy, poszarpany płaszcz na ulicę. Zdjęła szpilki i usiadła na krawężniku patrząc jak smutny, szary kształt, odpływa niesiony prądem rynsztoka znikając w odległej kratce ulicznej studzienki.
Była przemoczona, rozmazana, zmęczona ale dumna. Dumna z siebie i pożegnania się z płaszczem. Szarym trenczem który przez krótką chwilę pozwolił jej na wewnętrzną przemianę i upust energii którą nosiła w sobie od dawna. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Labiryntu schodów, ciężkich drzwi klatki schodowej, chodnikowych kałuży i tego ciężkiego od deszczu płaszcza, który teraz wirując znikał właśnie w ulicznej studzience rynsztoku. No to co, pomyślała - po prysznicu przydałby sie kubek mocnej gorącej kawy, śmiejąc się w głos z własnych myśli.
Z grymasem obrzydzenia wcisnęła dopalającego się paperosa w ciężką mosiężną popielniczke. Jej dłoń mimowolnie sięgnęła po ubrudzony wczorajszą szminką kieliszek niedopitego wina. Przyłożywszy go do ust sączyła szkarłatny napój, wsłuchując się w dzwięk syren policyjnych samochodow gdzieś za oknem. Bezwiednie spojrzała poprzez biel gęstego dymu z papierosa w stronę padającego za oknem śniegu. Nocne latarnie rozświetlały wirujące płatki śniegu ktore tak jak ona, miały swoje kilka sekund na scenie okiennego parapetu. Pojawiały się z nikąd oszałamiając widza swym wdziękiem, jaskrawością i blaskiem kształtu. Przykuwały uwagę uwodzicielskim tańcem który zdawał się nie mieć końca. Podrywane powiewem wiatru znów unosiły się w gorę kusiły wzrok wirując, zataczając coraz większe koła. Fascynując oko widza pozostawały w zasięgu wzroku, wyróżniając się na tle pozostałych płatków śniegu które stanowiły jedynie tło dla tego chwilowego występu stanowiąc jednocześnie nierozłączną całość tej krótkiej tragedii.
Odwracając wzrok od okna spojrzała na wiszące na scianie baletki. Towarzyszące im zdjęcia opowiadały historię tańca. Światła jupiterów jak nocne latarnie, oświetlały biel krótkich spódniczek które wirowaly co jakiś czas wznosząc się ponad scenę. Roześmiane twarze, naręcza kwiatów i owacje na stojąco które jeszcze do dziś pobrzmiewają gdy zamyka oczy. Rozpoczynajacy sie hałas w garderobie słyszy już od korytarza którym wolno kroczy upinając kruczo-czarne długie włosy. Z przeciwleglych do siebie drzwi korytarza, jak w zwolnionym tempie, przebiegają przed nią nerwowi asystenci próbujący dopiąć wszystko na „ostatni guzik” jeszcze przed występem. Nie czuje zdenerwowania, jedynie lekkie podniecenie które towarzyszy jej zawsze przed wyjściem na scenę. Uśmiechając się do siebie wraca myślami kiedy to pierwszy raz stanęła na scenie- widzi siedzącą na widowni, składającą dłonie matkę i ojca próbującego zrobić zdjęcie, specjalnie kupionym na tę okazję aparatem. Ona rozpościera ramiona w grand plie i zaczyna tańczyć. Emanująca lekkością wiruje z rozpostartymi rękoma przez całą powierzchnię sceny, podmuch wiatru unosi ją jednak w górę. Aby nie stracić rownowagi wykonuje kilka piruetów w przeciwną stronę, jej uśmiech i skrzące w blasku latarni oczy zlewają się ze smugą pozostawioną przez upięte, czarne włosy. Zaskakuje precyzją w tym zdawało by się chaotycznym tańcu. Rozpościera ramiona i delikatnie opada w dół prawie dotykając stopami sceny. Jednak choreograf ma inne plany. Znów lekki podmuch porywa ją w górę i zaczyna wirować skrząc się srebrzyście.
Taniec kończy się gdy bezwiedna ręka trzymająca kieliszek niedopitego wina uderzając o podstawę wózka na którym siedzi, wytrąca ją z wpatrzenia się w śnieg wirujący za oknem. Zamyślona nie zauważyła nawet że niewielka pozostałość szkarłatnego płynu wylała się jej na podłogę formując plamę, przywołującą w pamięci zdarzenia o ktorych starała się zapomnieć. Odstawiając na stół pusty już kieliszek, zapala kolejnego papierosa i spogląda przez gęsty papierosowy dym na nocne okno w którym blask latarni rozświetla tańczący na wietrze padający wciąż śnieg. Za chwilę pojawi się kolejna, śnieżna primabalerina która oczaruje ją swym tańcem przez następnych kilka minut.


