W dobie komunikacji interaktywnej pozwoliłem sobie założyć konto na Facebooku, podążając w ślady "króla internetu", Jaśnie Nam Panującego. Jednak nie traktuję tego jako autopromocję, lecz nowy sposób wymiany informacji z mieszkańcami naszego miasta i gminy. Myślę że taka forma daje wiekszą swobodę wypowiedzi i interakcji. Ciekawi mnie rownież Wasza reakcja na taki profil. Chętnie przyjme do wiadomości każdą opinię. Zapewniam że ja rowniez podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami na ten temat. Ktoś niedawno szepnął mi na ucho że "być, to istnieć w sieci", nie wiem na ile to stwierdzenie jest prawdziwe więc postanowiłem sie przekonać. Tak czy inaczej zapraszam!
Ostatnio zarzucono mi kilkukrotnie brak tak zwanego lokalnego patriotyzmu. Relatywnie, ktoś powiedziałby – problem, nie problem. Jednak dla myśleniczanina z dziada pradziada jest to potwarz i swoiste wyzwanie rzutem rękawicy. Rękawicy rzuconej w afekcie którą jednak chętnie podejmę i to nie tylko ze względu na urażoną dumę. Jest również kilka kwestii które chciałbym przy okazji wyjaśnić.
Czym dla przeciętnego myśleniczanina jest lokalny patriotyzm? Niech każde z Was zada sobie te pytanie. Czy ja, jako mieszkaniec tego miasteczka czy gminy mogę nazwać siebie lokalnym patriotą? Co sam, jako mieszkanka/mieszkaniec robię w tym kierunku? Jakie podejmuje działania lub przeciw działania aby w nasze „małej ojczyźnie” żyło się nam lepiej? Wiem, zadaje tylko pytania które w większości pozostają bez odzewu. Dlaczego? Otóż doskonale sobie zdaję sprawę, głównie dzięki obserwacji gdzie zaczyna się a gdzie kończy lokalny patriotyzm. Odpowiedzi na powyższe pytania pomogą ustalić nam te ramy lokalnego patriotyzmu. Pierwszym i najbardziej widocznym objawem aktywności lokalnych patriotów są i będą lokalne wybory do samorządów. Abstrachując od wyników skupmy się na samej frekwencji – przecież siłą lokalnego patriotyzmu jest prawo do głosowania i podejmowania decyzji. W samych Myślenicach do urn wybrał się co drugi uprawniony do głosowania (50,76 proc)! Czyli wnioskując, połowę Myśleniczan nie obchodzi kto i jak będzie sprawował pieczę nad Naszą Małą Ojczyzną przez kolejne kilka lat! Dodam jednak że większość z tej połowy jest przekonana że ta druga połowa odda głos na właściwe osoby (czego nie widać i nie słychać po komentarzach). Mogę zrozumieć tych lokalnych patriotów którzy nie mogli przyjechać na wybory gdyż są na stałe zatrudnieni chociażby za granicami kraju jednak nigdy nie zrozumię tych którzy nie poszli głosować z czystego lenistwa żeby nie użyć innego epitetu.
Druga kwestia jest równie błacha jak wybory. To uczestnictwo w lokalnych debatach i spotkaniach dotyczących choćby zmian infrastrukturalnych. Tak na przykład weźmy pod uwagę sprawę wysypiska na Borzęcie. Nie będę się zagłębiał w szczegóły, jednak sam fakt dotyczy frekwencji (pominę godziny spotkań wyznaczone przez patriotyczne władze lokalne). Czy ważniejszą od nieodwracalnych zmian środowiskowych jest ta „dniówka”? Sa sprawy które przeważają ponad nasze codzienne, przyziemne potrzeby. Ignorujemy zmiany ktore odczują nasze dzieci i wnuki jeżeli zdecydują tak jak my mieszkać tu i wychowywać kolejne pololenia. Dlaczego więc ignorujemy dalsze sprawy typu budowa Obejścia Zachodniego czy planowane kolejne ronda?
Czy możemy również do lokalnego patriotyzmu zaliczyć konfikty typu zakupy? Choćby w kwestii: lokalni kontra sieciówki? Już wyjaśniam, otóż zauważyłem że chętniej i częściej nasi lokalni patrioci robią zakupy w sklepach sieciowych niż choćby u lokalnych przedsiębiorców. Wystarczyło zaobserwować kwestię otwarcia nowej pseudo galerii czy choćby chińskiego „supermarketu”. Również „gorący” temat lokalnych partiotów – busy. Większość mieszkańców Myślenic i okolic korzysta z tego środka transportu co można było zaobserwować głównie w wyniku strajku z przed kilku miesięcy który spowodowany był kolejnym aktem „lokalnego patriotyzmu”. Przypomnę tylko głosy „niektórych głośniejszych działaczy” [...] Jak Wam lokalnym przewoźnikom nie podobają się takie warunki to wiedzcie że już się ustawia kolejka busiarzy z poza regionu którzy będą zadowoleni z korzystania z dworca przy galerii, a burmistrz już jest gotowy do wydania nowych pozwoleń[...]”. Ot co, kiedy coś nie pomyśli, przestaje działać lokalny patriotyzm i zaczyna się, no właśnie co? Kolejna sprawa nowo powstałego kina w MOKiS’ie. Jest kultura, europa w trójwymiarze a tu co? Zaledwie jedenastu „lokalnych patriotów” na seansie...I jak to się ma do wypowiedzi myśleniczan spotkanych w multipleksie? Nijak. Każdy wie, można nawet poczytać na forum.
Na czym więc ma polegać lokalny patriotyzm? Gdzie sięgać po wzorce? Czy jednak potrafimy być patriotami lokalnymi? Czy potrafimy się integrować ze sobą, jednoczyć? Martwi mnie, dlaczego myśleniczanie są podzieleni aż w takim stopniu że są w stanie zarzucać innym brak lokalnego patriotyzmu sami nie robiąc nic lub robiąc niewiele. Dlaczego tak się dzieje? Lokalny patriotyzm kończy się tam gdzie zaczyna się prywatny interes lub zagrożenie dla własnego dobra osobistego. Wadą lokalnej społeczności jest to że jest mała i ludzie zaczynaja liczyć. Na różne sposoby, każdy ma inne priorytety. Nie chcę powielać tu aktu Rejtana i za wszelką cenę udowadniać moich przekonań, stwierdzę jednak że zatraciliśmy znaczenie słów solidarność, zjednocznie, wspólnota. Nie tylko jako Myśleniczanie ale także jako Polacy. W wielu innych krajach europejskich społeczeństwo potrafi być ze sobą solidarne, jednoczyć się. Nie podkłada sobie wzajemnie nóg. Nie zamyka się w swoich czterech ścianach domów. Tam ludzie potrafią być otwarci, interesują się sprawami w swojej najbliższej okolicy i o tych sprawach otwarcie dyskutować. Potrafią dążyć ku jednemu celowi ktory służy wszystkim, nie tylko wybranej grupie społecznej. Musimy w sobie wiele zmienić. Śpiewanie na klęczkach "Boże, coś Polskę" i wieszanie flag narodowych naprawdę nie czyni z nas wielkich patriotów. Tym bardziej na naszym własnym gruncie.
W związku z zastraszającym tempem występowania na miasto-info.pl zjawiska zwanego powszechnie w necie „trollowaniem” i jak wskazują na to sygnały które otrzymuje od użytkowników tego portalu, podjąłem decyzję o rozpoczęciu akcji NIE KARMIĆ TROLLA! Akcja ta ma na celu przywrócenie spokoju i kulturalnej dyskusji na łamy tego portalu a w szcególności jego forum. Użytkownicy coraz bardziej skarżą się na trolle które nagminnie zakłócają poczytne tematy w taki sposób że dalsza dyskusja staje się wręcz niemożliwa. Mam nadzieję że rozumiejąc skale problemu będziemy w stanie nad tym zapanować. Zacznijmy może od samego początku. Skąd się wzięła sama nazwa trolla - trolla forumowego. Jak to bywa z określeniami używanymi w Internecie tak i ta nazwa pochodzi z języka angielskiego. Termin troll-owanie po angielsku trolling pochodzi od terminu "Trolling for fish", czyli łowienie ryb na haczyk, błystkę. A poprzez wsteczną etymologię osobnika zajmującego się trollingiem nazwano trolem (od legendarno-baśniowych stworów z mitologii nordyckich). Wiedząc już skąd się pochodzi nazwa tego zjawiska (bo można to tak nazwać), przejdźmy do jego genezy. Obecnie trollowanie to zachowanie chuligańskie i patologiczne. Jednak na samym początku swojego istnienia miało na celu oczernienie, zdyskredytowanie innych uczestników dyskusji. Osoba która została wciągnięta w sidła trolla mogła otrzymać od niego informacje YHBT (you have been trolled), co oznacza "zostałeś ztrolowany". Jednak takie zachowanie z czasem przestało być akceptowane na forach dyskusyjnych, a wraz z rozpowszechnieniem się Internetu zaczęło być nadużywane. W tym momencie nikt nie lubi trolli, a nawet są oni piętnowani.

Czym charakteryzuje się zachowanie trolli? Mianowicie, trolle próbują wzbudzić w użytkownikach negatywne emocje. Można przypuszczać iż trolle karmią się negatywnymi emocjami i sporami innych. Im więcej osób wpadnie w jego sidła tym Troll jest bardziej zadowolony. Aby wywołać spór potrafią zamieścić link do strony zawierającej drastyczne fotografie (zmasakrowane zwłoki, wypróżniający się ludzie itp.), obrażają innych użytkowników. Znużenie dyskutantów przeważnie objawia się zakończeniem tematu (EOT) lub wyrzuceniem tematu do śmietnika. Taką sytuację Troll uważa za zakończenie bitwy, zakończenie zwycięskie. Trolle bardzo często zmieniają dane (np. adres e-mail, konto) aby ciągle móc wciągać niewinnych użytkowników w swoje sidła. Trolling czasem jest też stosowany przez lamerów. Osoby te chcą podkreślić swoje doświadczenie i wiedzę w danej dziedzinie, gdy faktycznie takowej nie ma. Gdy dochodzi do konfrontacji z bardziej doświadczonym użytkownikiem lammer broniąc się może stosować śmieszną i bezsensowną argumentację. Większość ataków trolli jpowinna być błyskawicznie wyłapywana przez moderatorów danego serwisu, a oni podejmują już stosowne kroki aby pozbyć się trolla. Jednak czasami zachowanie Trollo-podobne stosowane jest przez zwykłych użytkowników, w celu odstraszenia "lam" od dalszej dyskusji.
Ile jest Trolli tyle jest sposobów zachowań, jednak można wyróżnić kilka najczęściej spotykanych symptomów jakimi się charakteryzują trolle forumowe:
* Bezgraniczne podporządkowanie się jakiejś idei - troll będzie jej bronić za wszelką cenę
* Nieumiejętność przyznania się do błędów - troll nigdy nie powie, że się pomylił, potrafi być agresywny gdy wytknie się mu błąd
* Używa argumentów ad personam - atakuje osoby i ich cechy szczególne, może posunąć się do wyzwisk i gróźb
* Skrajny stosunek netykiety czy ortografii - albo wytyka najdrobniejsze błędy albo sam demonstracyjnie łamie zasady
* Pogardliwy ton i megalomania - troll skupia się na swojej doskonałości, czym zniechęca do siebie innych użytkowników
* Wprowadzanie zamieszania w stosunku do swojej osoby - przedstawianie się jako ofiary moderatorów, innych dyskutantów
* Brak konsekwencji podczas dyskusji - częsta zmiana zdania, troll zaprzecza własnym zdaniom i teoriom
* Regularne odchodzenie z forum - ogłasza wszem i wobec, że odchodzi definitywnie, a po jakimś czasie powraca
* Często nazywa innych trollami - przez takie działanie wprowadza w zamęt przez co ukrywa swoją tożsamość
* Zmienianie danych - częste zakładanie nowych kont, których nazwy różnią się nieznacznie
* Tworzenie klonów - jednoczesne korzystanie z wielu kont, przez co próbuje wykazać że nie jest osamotniony w swoich przekonaniach
Wiedząc już jak rozpoznać trolla i jego zachowania powinniśmy dowiedzieć się jak się zachować w przypadku kontaktu z nim. Najskuteczniejszą obroną jest ignorowanie trolla. O ile istnieje możliwość moderatorzy powinni blokować możliwość publikacji wiadomości, które można zakwalifikować jako zalążki siedliska trolla. Jednak kasowanie takich wypowiedzi nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ możemy zostać oskarżenie o nadmierne cenzurowanie wypowiedzi, co staje się kolejnym sposobem trolla na prowadzenie swojej działalności. Całkowity brak zainteresowania wobec zaczepek trolla bardzo szybko go zniechęci i skłoni do opuszczenia forum. Jednak taka sytuacja zdarza się bardzo rzadko, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś kto wejdzie w dyskusję z trollem. Ponadto niektóre trolle potrafią zebrać wokół siebie grono ludzi popierających i wspierających go. Chronią go przed oponentami i podsycają dyskusję jednak nie trwa to zbyt długo ponieważ i oni zrażają się do trolla. Ogólnie aby pozbyć się trolla nie wolno go "karmić", czyli wchodzić w jakąkolwiek polemikę.Należy jeszcze wspomnieć, że nie wszystkie ciężkie i kontrowersyjne tematy są dziełem trolla. Gdy na forum zawiąże się dyskusja na jakiś niewygodny czy trudny temat, osoby którym ów temat nie odpowiada mogą niesłusznie oskarżyć autora o trolling. Mam nadzieje iż ten artykuł pomoże ustrzec się wam przed atakami trolli forumowych, które tak skutecznie potrafią popsuć miłą atmosferę każdego forum dyskusyjnego.
Źródła;
http://pl.wikipedia.org/wiki/Trolling
hunted.pl
"Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Na palcach u jednej ręki mogę policzyć osoby które nad tym panują. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury", jak pisze w książce "Toksyczne słowa" Patricii Evans : "Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry". Uciekam sie do wypisu z tej szalenie ciekawej książki ponieważ bardzo pasuje do codziennych Forum'owych rozmów.
Złośliwie do tego podchodząc, można powiedzieć, że nie ma takiego artykułu czy wątku na forum w którym polemika nie była by prowadzona w wyżej wymieniony sposób. Codzienność pokazuje nam, jak bardzo prawdziwe są te słowa.
Na czym więc polega ten społeczny problem? Jeśli tylko podczas dysputy ogarnia nas świadomość iż brakuje nam argumentów na poparcie naszej tezy to często emocje powodują używanie coraz to mocniejszego nacisku.. Najczęściej jeśli argumenty nie przekonują adwersarza pomimo że juz bardziej rzeczowo wypowiedzieć się nie da, nerwy rozmówcy puszczają, ręce załamują i poziom dyskusji drastycznie się obniża. Mimochodem zaczynamy obniżać poziom gubiąc po drodzę własną argumentację. Znam ludzi, którzy zawsze koniecznie muszą mieć rację, ich upór jest godny lepszej sprawy, nie przyjmują do wiadomości żadnych argumentów. Często w takich przypadkach obserwuje zatracenie meritum dysputy która zamiast roli informacyjnej przeradza się w konkurs epitetów i coraz to bardziej wysublimowanych sposobów upokorzenia i sprowokowania adwersarza. Zatacza coraz to większe kręgi odbiegając od tematu, skupiając się wyłącznie na podświadomej prowokacji.
Moim zdaniem, kulturalny człowiek nie powinien dać sie sprowokować, nie pouczać, ale przekazywać swój punkt widzenia. Nie powinien również wywierać nacisku na elementy w dyskusji które wykraczają poza to meritum. Dyskusja powinna uczyć, jednak mądra dyskusja. Każdy jej uczestnik powinien czuć się szanowany pomimo, nie koniecznie zgodnych z oponentem, racji. Jeśli dzieje sie inaczej, to zaczyna się zwykła pyskówka. Zgadzam się w zupełności z tak przedstawioną ideą dyskusji. Doświadczenie jednak uczy, że oprócz dyskusji prowadzonych dla samej przyjemności rozmowy i wymiany poglądów, zdarzają się także sytuacje, gdy wynik dysputy ma dla biorących w niej udział wymierne znaczenie. Może to doprowadzić do tego, że dysputanci, którzy jeszcze godzinę wcześniej dyskutowali "na poziomie", powodowani niemożnością przkonania drugiej strony, rozpoczną swoje manipulacje i zaczną obrzuciać się epitetami. Czy od ludzi uważających sie za mądrych też należy oczekiwać kultury słowa i dyskusji? Pokuszę się o stwierdzenie, iż kultura własna rozmówców, nie może zagwarantować, że dyskusja nie nabierze emocjonalnego charakteru, który to może (aczkolwiek nie musi) oznaczać koniec rzeczowej i logicznej analizy problemu. Bardzo wiele zależy też od stanu emocjonalnego rozmówcy.
Nawet osoba, którą na co dzien cechuje wysoka kultura osobista może zachować się w sposób dla niej całkowicie nietypowy i agresywny, jeżeli "uderzymy" w temat o ogromnym dla niej znaczeniu. Wiele jest przykładów na to, że lepiej jednak od dyskusji nie oczekiwać niczego, oszczędzi to rozczarowań. Z drugiej jednak strony, nie wszyscy z taką samą łatwością ulegają toksycznym ludziom i ich strategii postępowania. Nie dają się manipulować ci, którzy nabyli odporność na tego typu "toksyny". Trzymają wysoki poziom dyskusji i nie pozwalają na zbyt dużą ingerencję adwersarza nie wdając się w dyskusję wymijąjącą lub nie dotyczącą jej meritum. Jak już wspomniałem, spotkałem jedynie kilku kulturalnych dysputantów. Większość wypowiadających się na forum to ludzie w mniejszym lub większym stopniu chowający urazy i fascynacje które powiedzmy sobie szczerze tylko magnifikuje anonimowe forum. Toksyczny jad płynie wtedy bezkarnie od dającym upust swojemu werbalnemu, często skrywanemu w życiu codziennym potworowi.Nie zapominajmy jednak faktu, że toksyczni ludzie mogą wywierać wpływ na nas jedynie w zakresie, na jaki sami im pozwolimy. Pozostaje jednak jeszcze kwestia dyskusji z osobami "nieprzemakalnymi" na argumenty. Zwłaszcza gdy polemizujemy z osobami które w życiu codziennym są przełożonymi lub zajmują "stanowiska". Szczególnie gdy są u władzy a od ich "pomysłów" zależy organizacja życia wielu osób. Śmiem twierdzić że to najcięższy rodzaj dyskusji z którą się spotykam. Przez lata próbowałem wytworzyć w sobie pewne standardy które pozwalają omijać bezpośrednie "deptanie po odciskach" jednak w większości przypadków mechanizmy obronne adwersarzy już od momentu rozpoczęcia dyskusji nie przyjmują do wiadomości żadnej argumentacji i od razu ustawieni są na nie. O przygotowaniu całego wachlarza pokrętnych tematów i wymijających odpowiedzi już nie wspomnę. Nikomu nie życzę takich dysputantów. Nie od wszystkich dyskusji oczekuję również mądrości, która często skrywa się za obłędem, chamstwem i brakiem kultury, a ta okazuje się zbyt często rytuałem mało lub nic nie mającym wspólnego z prawdą...
"Dotychczas powstała niezliczona ilość publikacji tyczących się historii judaizmu, czy też konkretniej Starego Testamentu. Wielokrotnie ponad wszelką wątpliwość udowadniano prawdziwość Biblii i równie często podważano jej autentyczność. Nieunikniony rozwój nauki powodował, iż kolejne dogmaty ulegały swoistej metamorfozie, a niepodważalne dotychczas prawdy wiary zanikały w potoku naukowych tez. Pod wpływem czasu zmieniało się absolutnie wszystko, począwszy od interpretacji pism, a na strukturze samego Kościoła skończywszy. Religia rozwijała się, modyfikowała, ulepszała, ewoluowała, z prostego i prymitywnego politeizmu wykształcił się potężny dziś monoteizm.
To wręcz niesamowite, że na podstawie tego samego pradawnego tekstu można zbudować aż tak wiele różnych interpretacji. Dziś najpopularniejszą i najczęściej cytowaną jest interpretacja propagowana przez wciąż jeszcze silny Kościół Katolicki. Interpretacja ta doszukuje się w Biblii coraz to kolejnych dowodów na wszechobecność Boga, jego miłosierdzie i wielką dobroć. Poszukiwania kleru prowadzą do bardzo daleko idących wniosków nie wiele mających wspólnego z autentycznym przesłaniem Starego Testamentu. Każdy człowiek, który choć raz zdobył się na wysiłek przeczytania chociażby Księgi Rodzaju dostrzega w niej setki nieścisłości podważających w sposób absolutny religijne nauki. Metafizyczne potraktowanie Boga sprawiło, iż Biblii nie zwykło się dziś traktować w sposób dosłowny, gdyż w takim wypadku obraz Boga jaki się nam rysuje nie jest taki, jak chciałby tego kler. Jahwe staje się najzwyklejszym w świecie despotą, tyranem zmuszającym Izraelitów do wiary i bezwzględnego posłuszeństwa. Należy o tym pamiętać i wiedzieć, iż słowa "Bóg jest miłością" nie mają absolutnie żadnego potwierdzenia w księgach Starego Testamentu, a same księgi wręcz temu sformułowaniu przeczą.
Ateiści (bo do nich kierowany jest przede wszystkim ten artykuł) zwykli podważać autentyczność Biblii wykorzystując do tego celu nauki znienawidzonego przez nich kleru. Nauki te są jednak jedynie interpretacją i to interpretacją dość mało wiarygodną, gdyż tak dalece posuniętą, że trudno nawet przypuszczać by miała cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Stary Testament jako dzieło samego Boga powinien być absolutnie spójny, a przynajmniej nie zawierać stwierdzeń ze sobą sprzecznych. Dopiero wtedy moglibyśmy podejrzewać, iż teologowie mają rację i ich domniemane boskie pochodzenie Biblii jest chociażby prawdopodobne, ale oczywiście tak nie jest. Zajmijmy się dla przykładu problemem zemsty i kary. Kościół Katolicki głosi, iż kara śmierci jest niemoralna i niedopuszczalna, gdyż jej założenie jest absolutnie sprzeczne z tym co przekazano Mojżeszowi na górze Synaj. Biblia - podstawowe źródło moralności daje nakaz "nie zabijaj", a my jako ludzie posłuszni Bogu powinniśmy go bezwzględnie przestrzegać. Katoliccy teologowie zdają się jednak nie dostrzegać zdania wypowiedzianego nieco wcześniej, którego to autorem jest nie kto inny jak nasz stary, dobry przyjaciel Bóg. W szóstym wersecie, dziewiątego rozdziału Genezis napisano "[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga". Słowa te podważają wszystko co mówi się o Jahwe i stawiają jego osobę w nieco innym świetle.Biblia nakazujenam tymi słowami dość surowo karać tych, którzy przelewają ludzką krew - a mianowicie zabijać ich. Mamy ich tak traktować przede wszystkim dlatego, że zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, a Bóg jak wiadomo (co jasno stwierdza Biblia) nie przebierał w środkach kiedy chciał przywrócić kogoś do porządku. To jedno zdanie dokładnie obrazuje to jak mienił się Jahwe pierwszym wyznawcą, za kogo go uważali i jakie mieli o nim zdanie. Jahwe nie był miłosierny, dobry, wszechwiedzący i wszechmocny. Był taki jak wszyscy inni mityczni bogowie, czyli silny, bezwzględny i kapryśny. Wszystko co teraz mówi się o Bogu jest tylko interpretacją, nie mającą nic wspólnego z przekazem Biblii. Dzisiejszy wizerunek Jahwe jest niczym innym jak syntezą judaizmu i greckiej nauki o logosie, efektem rozważań filozoficznych i moralnych, mówiąc najogólniej - wymysłem ludzkości.
Teologowie mylą się zatem doszukując się w Biblii ponadczasowych prawd najogólniej wielkich moralnych nauk. Głosząc, iż opierają się na księdze pochodzącej w linii prostej od Boga, która poza tym, iż zaprzecza momentami sama sobie, to jeszcze podważa nauki kleru, popadają w swoiste błędne koło, z którego nie można wyrwać się inaczej jak przez ateizm. Teologowie pragną udowodnić istnienie Boga za pomocą Świętych Ksiąg, które to tylko dlatego są święte, że Bóg istnieje i że oni sami twierdzą, że księgi te są święte. Mamy tu do czynienia z udowadnianiem jakiejś tezy za pomocą tej samej tezy, czyli mówiąc najprościej tłumaczeniem tym co miało być wytłumaczone. Czy taka interpretacja ma w ogóle sens? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi, gdyż jak sądzę odpowiedz na nie jest dziecinnie prosta.
Pojawia się jednak kolejny problem, czy nie interpretując Biblii, przyjmując jej treść taką jaka jest, można dojść do jakichkolwiek sensownych wniosków? Wniosków takich, które miałyby swe potwierdzenie w nauce, nawet jeśli nauka jeszcze ich do końca nie zaakceptowała. Oczywiście, że można i są to wnioski niezmiernie interesujące. Jako że strona ta nie jest w sposób dosłowny poświęcona tematyce jaką chcę tutaj poruszyć, publikacja ta ma na celu przede wszystkim zainteresować tematem i być może skłonić do wędrówki i poszukiwania prawdy. To co tutaj zostanie powiedziane można przyjąć z uśmiechem, można także uznać, iż hipoteza ta jest wielce prawdopodobna. Ważne jednak, by zdawać sobie sprawę z tego, że ktoś kiedyś doszedł do następujących wniosków i że poparł je dowodami, które według niego są wystarczające do podtrzymania tej z pozoru absurdalnej teorii.
By dokładnie zająć się problemem należy przedstawić jeden z wielu mechanizmów powstawania nowych religii. Mechanizm ten został dokładnie prześledzony przez naukę i w jasny sposób ukazuje on dość częste rozumowanie ludzi, rozumowanie prowadzące do powstania nowej wiary. Mam tu mianowicie na myśli dobrze znane nauce kulty cargo. Kulty te rozwijają się w momencie zetknięcia się ludzi z rozwiniętą w ich mniemaniu techniką. Szok kulturowy prowadzi do uznania tej techniki za magię i co za tym idzie sklasyfikowania tej magii jako działanie boskie. Rodzą się wtedy nowe kulty, obrzędy... ludzie zaczynają modlić się do maszyn (np. boskich ptaków).
By nie powtarzać dobrze wszystkim znanego przypadku uznania przez Indian konkwistadorów za bogów przytoczę nieco inny przypadek, znacznie mam bliższy i znacznie lepiej pasujący do poruszanego przeze mnie tematu. Historia ta wydarzyła się podczas II Wojny Światowej. Wojna Stanów Zjednoczonych z Japonią sprawiła, iż na małych wysepkach rozsianych po Morzu Koralowym pojawiły się odziały amerykańskie. Wojskowi zakładając tam swoje bazy nieświadomie spełnili proroctwo pojawienia się zbawiciela, którego to nadejście przepowiedział w 1940 roku jakiś wyjątkowo bystry prorok. Wojna skończyła się, a amerykanie odpłynęli gdzieś za błękitny horyzont. Krajowcy natomiast poczuli się opuszczeni, zintensyfikowali zatem specjalne rytuały, których to celem było ponowne sprowadzenie do ich kraju wielkiego, potężnego i dobrego zbawiciela, którego to czcili pod iście boskim imieniem – Jon Fruma. Jednym z istotnych elementów powstałych rytuałów było odgrywanie wojskowych parad, z bambusowymi tyczkami w charakterze karabinów, oraz konstruowanie z gałęzi, liści i trawy makiet samolotów w nadziei, iż przyciągną one z nieba boskie ptaki, wypełnione po brzegi towarami od opiekuńczych bogów. Świętymi relikwiami tej kultury stały się natomiast wszelkiego rodzaju wojskowe drobiazgi - paski, sprzączki, fragmenty ubiorów, porzucone części zapasowe broni i maszyn, słowem wszystko co pochodziło od istot jakie stały się obiektem czci, czyli amerykańskiego wojska. (1)
Należy sobie uświadomić, że w gruncie rzeczy ani my, ani nasi przodkowie nie różnimy się tak bardzo od wymalowanych i wystrojonych w pióra mieszkańców wysp leżących na Morzu Koralowym. Podstawowe mechanizmy myślenia i działania człowieka nie zmieniły się i nadal zwykliśmy uznawać to co niewyjaśnione za działanie Boga. Tak też postępuje dzisiaj zdecydowana większość społeczeństwa odnosząc wszystko do Stwórcy i w Stwórcy pokładając nadzieję na lepsze jutro.
"Nie mogę pojąć, by ten zegar mógł istnieć, a nie było zegarmistrza" (2) - tymi oto słowami dowodził Wolter (1694-1778) istnienia Boga. Przyglądając się dokładniej i analizując to zdanie, które każdy wierzący przyjmuje za swoje motto życiowe, dochodzimy do wniosku, iż nie ma ono najmniejszego sensu. Wolter stwierdza, iż nielogiczne jest twierdzenie, że Wszechświat powstał od tak, ale jednocześnie dowodzi, iż logiczne jest istnienie Boga, który istnieje wiecznie, nie ma swojego początku, nie czeka go koniec i nie obowiązują go jakiekolwiek prawa. Czy to jest logiczne rozumowanie, z pewnością nie - ale wiara nie musi być wcale logiczna. W woli wyjaśnienia pragnę jeszcze zaznaczyć, iż Wolter był propagatorem deizmu. Nie dostrzegał w otaczającym nas świecie jakichkolwiek dowodów na istnienie Boga, odważnie twierdząc, że Jego dwie przyjęte przez teologów cech "wszechmoc" i "dobroć" wzajemnie się wykluczają. Był jednak święcie przekonany, że On gdzieś tam jest i patrzy na nas z góry, nie mieszając się w nasze ludzkie sprawy. Wolter twierdził, że jeśli świat ma mieć sens to musi istnieć Bóg, który wymierza sprawiedliwość. Z tego właśnie powodu uważał on, iż "gdyby Bóg nie istniał, trzeba by Go wynaleźć".(2) Twierdził ponadto, iż rozum jedynie stwierdza istnienie Boga, ale nie mówi absolutnie nic o jego naturze. Dlatego też wszelkie poszukiwania teologów muszą skończyć się fiaskiem, są one po prostu beznadziejne. Nie do końca mogę zgodzić się z Wolterem, właściwie wcale się z nim nie zgadzam (może poza kwestią wymyślonych bogów i beznadziejnością teologicznych poszukiwań). Nie mam jednak najmniejszego zamiaru dowodzić prawdziwości mojego światopoglądu. Każdy człowiek sam musi starać się odnaleźć właściwą drogę, najbardziej dla niego odpowiednią. Nietsche powiedział kiedyś "W co motłoch bez dowodów uwierzył, jakże byśmy mogli to dowodami obalić?!". (3)
Pamiętając o tym, że ludzkość zwykła traktować wszystko co niewyjaśnione, a co za tym idzie także wyżej rozwiniętą technikę, jako ingerencję samego Boga, należy przystąpić do nowej analizy Starego Testamentu. Wychodząc z założenia, że Biblia jest dziełem ludzkim, a nie boskim, że powstała na skutek nieporozumienia związanego z błędną interpretacją tego co zobaczono, rysuje się nam nowy obraz dziejów narodu wybranego. Oczywiście są ludzie, którzy zwykli sadzić, iż Biblia powstała gdyż ktoś sobie kiedyś coś wymyślił. Zważywszy jednak na fakt, iż niektóre z wydarzeń Biblijnych znalazły swe odzwierciedlenie w ogólnie przyjętej historii tamtego regionu, musimy zastanowić się czy "nadprzyrodzone" fakty opisane w Starym Testamencie nie odcisnęły gdzieś swego wyraźnego piętna. Być może ktoś zarzuci mi, iż porywam się z "motyką na słońce" szukając prawdy w czymś co od zawsze było traktowane jak bajka, względnie mitologia. Pamiętać jednak należy o dość dobrze znanej historii Henryka Schliemanna, który z Homerem w jednej i łopatą w drugiej ręce odkopał mityczną Troję. (4) To właśnie przede wszystkim nowe interpretacje greckich mitów, które coraz częściej okazują się być historycznie wiarygodne, wpłynęły na typ zawartych tutaj rozważań. Podobną wymowę jak odkrycie Schliemanna miało chociażby odnalezienie przez Arthura Evansa labiryntu Minotaura w Knossos. (5)
Koncentrując się jednak na tematyce czysto biblijnej, pragnąłbym omówić tutaj dość często poruszany problem Sodomy i Gomory, a dokładniej mówiąc opis i skutki zniszczenia tych dwóch miast. Rdz(19,15-17) Gdy już zaczynało świtać, aniołowie przynaglali Lota, mówiąc: "Prędzej, weź żonę i córki, które są przy tobie, abyś nie zginął z winy tego miasta". Kiedy zaś on zwlekał, mężowie ci chwycili go, jego żonę i dwie córki za ręce - Pan bowiem litował się nad nimi - i wyciągnęli ich, i wyprowadzili poza miasto. A gdy ich już wyprowadzili z miasta, rzekł jeden z nich: "Uchodź, abyś ocalił swe życie. Nie oglądaj się za siebie i nie zatrzymuj się nigdzie w tej okolicy, ale szukaj schronienia w górach, bo inaczej zginiesz.
Na prośbę Lota Pan pozwala mu jednak schronić się nie w górach, ale inaczej mieście Soar. Rdz(19,23-28) Słońce wzeszło już nad ziemią, gdy Lot przybył do Soaru. A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana (z nieba). I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność. Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli. Abraham, wstawszy rano, udał się na to miejsce, na którym przedtem stał przed Panem. I gdy spojrzał w stronę Sodomy i Gomory i na cały obszar dokoła, zobaczył unoszący się nad ziemią gęsty dym, jakby z pieca, w którym topią metal. Rdz(19,30-33) Lot wyszedł z Soaru i zamieszkał wraz z dwiema swymi córkami w górach, gdyż bał się pozostawać w tym mieście. A gdy mieszkał z dwiema swymi córkami w pieczarze, rzekła starsza do młodszej: "Ojciec nasz wprawdzie już jest stary, ale nie ma w tej okolicy mężczyzny, który by przyszedł do nas na sposób wszystkim właściwy. Chodź więc, upoimy ojca naszego winem i położymy się z nim, a tak będziemy miały potomstwo z ojca naszego".
Uważnie przyglądając się przysłanym przez Jahwe aniołom można odnieść niepokojące wrażenie, iż sam Wszechmogący Bóg nie miał zbyt wielkiego wpływu na to co miało się wydarzyć w Sodomie i Gomorze. Aniołowie wyraźnie się spieszą, tak jakby rozpoczęto już coś w rodzaju odliczania. Za kilka chwil ma nastąpić zagłada miasta, a Lot się zwyczajnie ociąga. Aniołowie chwytają go zatem i na siłę wyciągają z miasta, nakazując mu ucieczkę w góry. A góry jak wiadomo mają to do siebie, iż są najlepszym z naturalnych schronów przeciw atomowych. Żaden ze śmiercionośnych czynników rażących broni atomowej nie jest w stanie pokonać tej potężnej granitowej bariery. Lot zatem otrzymuje wyraźny rozkaz "Nie oglądaj się za siebie i nie zatrzymuj się nigdzie w tej okolicy, ale szukaj schronienia w górach, bo inaczej zginiesz". Lot nie zgadza się jednak z tym rozkazem i postanawia schronić się w mieście Soar, na co aniołowie zezwalają.
Nadchodzi poranek, z nieba na miasto spada coś, co doszczętnie je niszczy. Nie jest to zwyczajny kataklizm, miasto wręcz paruje od gorąca, unosi się nad nim gęsty dym. Zniszczone są nie tylko dwa miasta, ale cała okolica, a także roślinność - co wyraźnie stwierdza Abraham. Opis zdarzenia nie przypomina wyrafinowanej kary Boskiej, o wiele bardziej odpowiada on użyciu jakiegoś rodzaju broni, broni masowego rażenia, najpewniej broni atomowej. Warto także zauważyć, iż to co niszczyło miasta nadeszło z nieba od Pana. Nie pojawiło się od tak, ktoś najpewniej wysłał coś co miało zniszczyć owe "ogniska grzechu".
Tu warto zaznaczyć, iż stare sumeryjskie poematy opowiadają podobną historię. Także mamy dwa miasta i także bogowie postanawiają je zniszczyć. Można by dyskutować, czy biblijna historia jest powieleniem sumeryjskiego tekstu, czy może niezależną relacją. Tłem wydarzeń w Sodomie i Gomorze była wedle tych eposów chęć zniszczenia buntownika Marduka (Enki), który rościł sobie prawa do królewskiego tronu. Bogowie chcąc zniszczyć Marduka zaatakowali dwa miejsca, a mianowicie tereny przy Morzu Martwym (Sodoma i Gomora), oraz półwysep Synaj, z którego to bogowie wznosili się do "nieba" - być może był tam po prostu kosmodrom. Co do półwyspu Synaj to warto pamiętać, że to właśnie tam w hałasie i dymie objawił się Izraelitom Jahwe (IHVH). Oto opis tego objawienia:
Wyj(19,16-19) Trzeciego dnia rano rozległy się grzmoty z błyskawicami, a gęsty obłok rozpostarł się nad górą i rozległ się głos potężnej trąby, tak że cały lud przebywający w obozie drżał ze strachu. Mojżesz wyprowadził lud z obozu naprzeciw Boga i ustawił u stóp góry. Góra zaś Synaj była cała spowita dymem, gdyż pan zstąpił na nią w ogniu i uniósł się dym z niej jakby z pieca, i cała góra bardzo się trzęsła. Głos trąb się przeciągał i stawał się coraz donoślejszy. Mojżesz mówił, a Bóg odpowiadał mu wśród grzmotów.
Czy jest to opis lądowania statku kosmicznego? Niektórzy pragną wytłumaczyć ten fragment wybuchem wulkanu. Wyraźnie jest tu jednak powiedziane, że Bóg zstąpił na górę. Poza tym inne fragmenty Biblii (Wyj(13,21-22), Wyj(14,19-20), Wyj(16,7), Wyj(16,19)) świadczą o tym, iż Izraelitom przez całą drogę towarzyszył dziwny latający obiekt, który w dzień spowity był dymem, a w nocy świecił dość jasnym światłem. Obłok ten zmieniał często swoje położenie, by atakować wrogie wojska, nie mógł być zatem wulkanem. Teologowie traktują ten obłok jako znak i tylko znak obecności Boga. Nasuwa się tu jednak od razu nieodparte skojarzenie z samolotem, ewentualnie inną machiną latającą, która w dzień spowita jest wyraźnie widocznym dymem z silników, a dopiero w nocy widoczne stają się światła pozycyjne, czy też żar bijący z silników.
Wracając jednak do problemu Sodomy i Gomory. Miasta zostają zniszczone, a my kontynuujemy naszą historią. Żona Lota popełnia karygodny błąd, nie wykonuje rozkazu Boga i odwraca się, by jeszcze ostatni raz spojrzeć na miasta. Za ten czyn zostaje natychmiast przemieniona w "słup soli". Werset ten od dawna nie dawał mi spokoju, nijak nie mogłem dopasować go do mojej teorii ataku nuklearnego. W moje ręce trafił jednak artykuł Alexa Altara, w którym odnalazłem niezwykle istotną informację. Otóż wybitny znawca j. hebrajskiego, sumeryjskiego, asyryjskiego i babilońskiego – Zacharia Sitchin - zauważył coś, co umknęło wszystkim, którzy kiedykolwiek wcześniej studiowali Biblię. W oryginale Starego Testamentu na określenie soli użyte jest słowo NIMUR. Słowo to pochodzenia babilońskiego znaczy oczywiście sól i tu tłumaczenie biblijne jest absolutnie poprawne. Faktem jest natomiast i to, że NIMUR może równie dobrze co "sól" znaczyć "dym". Kiedy zamienimy biblijną "sól" w "dym", otrzymujemy opis znacznie bardziej pasujący do wcześniejszego zniszczenia miast. Żona Lota zamienia się, nie jak chcieliby tego teologowie w "słup soli", ale w "słup dymu", czyżby biedna kobieta wyparowała? Lot natomiast trafia do miasta Soar, z którego po pewnym czasie ucieka. natomiast ucieka nie gdzie indziej jak w góry. Chyba wreszcie dotarło do niego, że zostając na terenie skażonym ryzykuje życiem swoim i córek.
Dobra, dobra... powie jakiś sceptyk. Ale gdzie materialne świadectwo tamtych wydarzeń? Przecież po ataku nuklearnym powinien pozostać jakiś ślad... skażenie radioaktywnie nie znika od tak sobie. Rzeczywiści nie znika i rzeczywiście nie zniknęło. Otóż źródła bijące u południa Morza Martwego wykazują nienaturalnie wysoki poziom radioaktywności. Długotrwałe picie wody z tych źródeł może prowadzić nawet do bezpłodności. Poza tym archeologom nie udało się jak dotychczas wyjaśnić w jaki sposób powstała południowa część Morza Martwego (ta za wysuniętym ze wschodu językiem). Wiadomo na pewno, że powstała stosunkowo niedawno (kilka tysięcy lat temu) i że nie jest ona wynikiem działalności tektonicznej. Poza tym dno jeziora jest niezwykle twarde, co także może być wynikiem działania energii atomu. Nikt jak na razie nie jest w stanie wyjaśnić dlaczego teren ten się zapadł, co było tego przyczyną. Pewne jest natomiast to, że niegdyś południowa część Morza Martwego była suchym lądem. Niektórzy podejrzewają meteoryt, ale nie ma tam absolutnie żadnych śladów zderzenia z kosmicznym obiektem. Absolutnie nic nie potwierdza taj hipotezy. O tym, że niegdyś teren ten stanowił suchy ląd poświadcza także Biblia: Rdz(14,3) "Ci ostatni królowie sprzymierzyli się z sobą w dolinie Siddim, gdzie dziś jest Morze Słone".
Myślę, że interpretacja jednego z wielu biblijnych cudów jaką tutaj przytoczyłem jest dość wiarygodna. Jeśli zdołałem kogoś zainteresować tematem zachęcam do poszukiwań na własną rękę. To naprawdę niewiarygodne jak wiele biblijnych historii pasuje do schematu "kultu cargo". Jest takowych epizodów zbyt wiele, by mógł to być li tylko przypadek. "
Literatura i odnośniki:
1. Biblia, słowo Boże czy ludzkie? - Michał Kędzierski 2006
2. Maszyna do produkcji manny - George Sasoon & Rodney Dale, Pandora 1996
3. Historia Filozofii, tom 2 - Władysław Tatarkiewicz, PWN Warszawa 1981
4. Ateista - Jerzy Kijewski
5. Wielkie zagadki przeszłości - Przegląd Reader's Digest, Warszawa 1996
6. Koniec Atlantydy - J.V. Luce, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa1987
Szanowna Redakcjo, Forumowicze,
Występuję oficjalnie o przywrócenie urzytkownika Zdzichó Z Suwałk jako pełnoprawnego kandydata do głosowania na najpopularniejszego forumowicza 2011. Kandydat Zdzichó Z Suwałk otrzymał nominację 13 głosami.
W związku z obecnością forumowicza Zdzichó Z Suwałk na forum i najwyższą liczbą nominacji Redakcją powinna uwzględnić jego kandydature w głosowaniu.
W przypadku odmowy uwzględnienia kandydata Zdzichó Z Suwałk jako pełnoprawnego uczestnika forum z najwyższą jak dotąd nominacją - osobiście rezygnuję z uczestnictwa w konkursie dziękując niniejszym za oddane na mnie głosy.
Z poważaniem, Myśleniczanin007.
Jeżeli uważacie że Zdzichó powinien być uwzględniony w głosowaniu wpisujcie swoje głosy poniżej.


