Nie wiem czy Państwo zauważyliście ale zniknęli z forum Rafał Zalubowski aka Cyrk i Perła tego portalu Zdzichó Z Suwałk. NIe chodzi tu wyłącznie o blogi, konta tych użytkowników zostały usuniętę.
Podejrzewam że nie będzie to sytuacja wyjątkowa gdyż dochodzą mnie słuchy z życia codziennego że osoby ktore dotychczas uczestniczyły czynnie w życiu tego portalu, po prostu mają go już dosyć. Powody są różne jednak mają wspólny mianownik. Na marginesie dodam dla tych wszystkich z Państwa którzy twierdzą że brak "ujadacza Cyrka" czy Zdzicha - kaligrafa nie odbije się na coraz bardziej szarym życiu choćby na forum tego portalu są w dużym błędzie. Każde forum musi zachowywać balans, czy to merytoryczny, czy też ilością polemizujących adwersarzy.
Zauważyliście z pewnością porządki jakie zapanowały na forum, jestem wdzięczny, lepiej późno niż wcale. Nadal jednak wiele tematów nie zostało uporządkowanych - podejrzewam że jest to jedynie przeoczenie spowodowane brakiem czasu. Natomiast sprzątanie postów czy prywatnych blogów może spowodować że tak jak to stało się w przypadku Zdzicha czy Cyrka, posprzątają się sami.
Jeden z członków pierwszego składu grupy Alice In Chains, Mike Starr nie żyje. Czterdziesto cztero letni basista zmarł 8 Marca 2011 w swoim domu w Salt Lake City w stanie Utah. Starr grał w Alice In Chains od początku, tworząc przełomowe albumy "Facelift" (1990) współtworząc takie utwory jak "It Ain't Like That" i "Confusion" oraz "Dirt" (1992) który zawiera najbardziej znane utwory grupy z Seattle "Down In The Hole", "Rooster" i "Would?". Ten ostatni znalazł się również na ścieżce dzwiękowej do filmu "Singles". Niestety za niepohamowane uzależnienie od heroiny został wyrzucony z zespołu w 1993 roku.
Muzyk walczył z nałogiem przez kilka miesięcy by znów ponownie wrócić do nałogu. Prawdziwym szokiem dla niego była śmierć przyjaciela z zespołu, wokalisty Layne'a Staley'a którego znaleziono martwego w 2002 roku w jego apartamencie w Seattle. W jego ciele znaleziono zabójczy "koktajl" z heriony i kokainy. Co najciekawsze Mike był ostatnią osobą która widziała Layne'a żywego. W jednej z rozmów z matką Staley'a, w 2010 roku Starr wyraził żal że nie zrobił więcej by uratować jej syna od narkotykowej śmierci "Mogłem wtedy zadzwonić na 911, Layne powiedział mi wtedy że jeśli to zrobię, nigdy się już do mnie nie odezwie. Wtedy byłem na takim haju że byłem na niego wściekły, po prostu wyszedłem. Nie mogę w to uwierzyć, teraz jest mi wstyd".
Po śmierci Layne'a, Mike Starr nie mógł się otrząsnąć aż do roku 2010 gdzie uczestniczył w programie odwykowym organizowany przez telewizję VH1. Po serii programów wydawało się że Mike wygra z nałogiem, pozostawał "czysty" przez ponad osiem miesięcy.
Kolejny wspaniały muzyk poddał sie w walce z nałogiem. Kolejna bezsensowna śmierć zabiera artystę w tak młodym wieku. Czy będzie to ostrzeżenie dla nowego pokolenia muzyków? Myśle że przekonamy się już niebawem.
W takich chwilach zawsze ogarnia mnie dziwne wrażenie że wyjeżdzam poraz ostatni. Jechali tak w ciszy przez chwilę jednak taksówkarz nie wytrzymał i zapytał: "Na dlugo pan wyjeżdza?" Przez chwilę zastanawiałem się czy nie odpowiedzieć mu ciszą. W jakim celu pyta? Może chce wybadac ile mnie nie będzie w domu i dać kolesiom cynk. W dzisiejszych czasach to całkiem możliwe. Opuszczony dom to gratka dla złodziei. "Na kilka tygodni"- odparłem wbrew intuicji i przemyśleniom. Kierowca wydawał mi się sympatyczny a poza tym mam w domu monitoring wiec mogę spać spokojnie. Zresztą pytanie tak bezpośrednie trudno byłoby podszyć zapędem rabunkowym. "To sporo" - odparł zaskoczony taksówkarz. "Bo wie pan, z reguły to jak wiozę kogoś na lotnisko, to ludziska to na kilka dni tylko"- odparł bez pospiechu. Prosta dedukcja, mając w pamięci te dwie walizki które ledwo upchał do bagażnika, łatwo było kierowcy bez zbędnych pytań wywnioskować dlugość podróży. Spojrzalem ukradkiem na licencję kierowcy która umocowana była po prawej stronie taksometru. Jego usmiechnięta twarz, lekko okrągła co mogło swiadczyć o tym że zdjęcie zostało zrobione jakiś czas temu. Moją uwagę zwróciło jednak zdjęcie bliżej kierowcy, lekko pomięte na krawedziach widać od częstego przekładania. Na zdjeciu widniała para: kobieta i dziewczynka, jesienną porą w parku który znał doskonale. Kobietę zreszta też. „Rodzina?” – zapytałem. „Nie, nie. Znajoma.” Wyczułem zakłopotanie w jego głosie. „A pan żonaty?” zapytał. Nie – odparłem, wyraźnie sugerując koniec tej żenującej konwersacji. Taksówkarz niepocieszony wynikiem rozmowy jakby się zaciął. Nie musiałem się domyślać dlaczego, gdy zręcznym ruchem schował zdjęcie pary do kieszeni koszuli. Jechali tak w milczeniu przez chwilę. Wykorzystałem więc tą chwilę by się odprężyć. Zamknąłem oczy i poddałem się szumowi pracującego silnika. Otworzyłem je dopiero wtedy gdy kierowca skręcił z drogi szybkiego ruchu w rampę na której jaśniał napis ODLOTY – DEPARTURES.
Taksówkarz wymijając rząd samochodów stojących przy krawężniku chodnika przed wejściem na terminal zaparkował zręcznie i widać zadowolony z obrotu sprawy zamaszystym ruchem otworzył bagażnik. Widać przyniosło mu to nieukrywaną ulgę. Czułem że musiałem mu nadepnąć na „odcisk” pytając o to nieszczęsne zdjęcie. Wysiadłem z taksówki ciągnąc za sobą bagaż podręczny. Powietrze zrobiło się chłodne i suche. Spojrzałem na zegarek, dochodziła północ. Do odlotu pozostało mi niecałe pół godziny. W sam raz na odprawę i kubek gorącej kawy która do reszty podniosła by mi powieki stęsknione tych kilkunastu sennych minut w taksówce. Zaśmiałem się w duchu do samego siebie – to może być ostatnie kilka godzin snu przez następne kilka dni. Taksówkarz w tym czasie uporał sie z wózkiem na który wytaszczył z szerokim uśmiechem, dwie walizki. Skinąłem głową gdy wtaszczył obie na wózek bagażowy wręczając mu należną kwotę za przejazd plus co-nieco za fatygę. Przeliczył stan kasy i z uśmiechem odparł: „Miekkiego lądowania”. Obyś miał rację – pomyślałem w duchu, i popchałem wózek z walizkami w kierunku wejścia na terminal lotniczy. Dwóch pracowników służby celnej zmierzyło mnie wzrokiem kiedy zdejmując płaszcz położyłem go na walizkach. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnąłem niewielką szarą książeczke którą podałem razem z kartą pokładową jednemu z nich. Spoglądając raz na mnie raz na zawartość książeczki wyczułem lekkie zakłopotanie na twarzy celnika. „Proszę położyć walizki na pasie rentgena” odrzekł suchym urzędniczym głosem drugi z nich. „To nie będzie konieczne” odparł ten który trzymał w ręce małą szarą książeczkę podając ją koledze, ten patrząc na mnie zdziwionym wzrokiem spojrzał do książęczki i jego oczy poszerzyły się do wielkości piłek golfowych. Spojrzał na mnie jeszcze raz i z nieukrywanym zdumieniem wręczył mi małą, szarą książeczkę wraz z kartą pokładową. „Wszystko w porządku, proszę pana.” – odrzekł. Drugi z nich chwycił obie walizki stawiając je na wadze. Przykleił na nie wydrukowane naklejki i przeniósł je w stronę pozostałych bagaży czekających na załadunek. „Dziekuję” – odparłem przerzucając płaszcz przez ramię na którym wisiał mój bagaż podręczny. Przechodząc przez bramkę detektora metalu spojrzałem na obu celników którzy skinieniem dali znak do przejścia mimo że swiatło cichego alarmu zaczęło migotać swym niebieskim blaskiem. W oddali zobaczyłem kafeterię w której czekała na mnie upragniona filiżanka gorącej, pachnącej kawy.
C.D.N
Jak może wyglądać "Anioł Piekieł" czy "Bestia z Auschwitz"? Jak bardzo okrutna i nieludzka musiała być istota nosząca te przydomki, przywołujące na myśl wszystko, co najgorsze? Kim była osoba znana jako "Anioł Śmierci", "Hiena z Belsen"...? Choć mnogością tych, mrożących krew w żyłach przydomków, można byłoby obdzielić wielu najbardziej wypaczonych zwyrodnialców, wszystkie one zostały nadane jednej i tej samej osobie. Kiedy pojawiała się na placu apelowym, dookoła zapadała niczym nie zmącona cisza a tysiące par oczu śledziły każdy jej krok i gest. W Konzentrationslager Auschwitz więźniowie nazywali ją po prostu "Piękną Irmą". Ta, z pozoru niewinnie wyglądająca dziewczyna, średniego wzrostu, o zgrabnej sylwetce, łączyła w sobie wszystko to, co może być najbardziej przerażające w obozach koncentracyjnych. I właśnie owe połączenie jej niezwykłej urody i brutalności, z jaką traktowała więźniów spowodowało, że już podczas procesu załogi obozu Bergen-Belsen prasa, a tym samym dziennikarze, określili ją mianem "Pięknej Bestii"
Gisella Perl, żydowska więźniarka Auschwitz tak podsumowała „Piękną Bestię” -„Była jedną z najpiękniejszych kobiet, jaką kiedykolwiek widziałam. Jej ciało było idealne, anielska twarz, oczy niebieskie i wesołe, najbardziej niewinne oczy, jakie można sobie wyobrazić. I to właśnie Irma Grese była najbardziej zdeprawowana, okrutna i wymyślna w swoim okrucieństwie ze wszystkich, jakie spotkałam.”
Książka Dan'a Browna nie jest z pozoru kolejną biograficzną próbą oceny życiorysu nazistowskiego ludobójcy. Jest próbą przedstawienia roli kobiet w nazistowskiej machinie zagłady. Historią zwykłej wiejskiej dziewczyny ktora dzięki niefortunnemu dzieciństwu i okresie dorastania zostaje pochłonięta przez nacjonalistyczny system znajdując w nim spełnienie, głownie w dążeniu do umocnienia poczucia własnej wartości.
Autor przedstawia drogę jaką obrała pełna nadziei na karierę pielęgniarki nastolatka która skończyła jako sadystyczna nadzorczyni strażniczek w obozach koncentracyjnych. Brown łamie w ten sposób stereotyp męskiego charakteru nazistowskiego zła ukazuje niejednokrotnie że bohaterka jak i inne strażniczki o których pisze Brown, były zachowaniem gorsze od mężczyzn pelniących analogiczne funkcje w obozach koncentracyjnych.
Książka pełna jest przerażających faktów, zdarzeń popartych fotografiami z życia w obozach koncentracyjnych Auschwitz-Birkenau i Bergen-Belsen jak również z procesu w Luneburgu po którym skazano Irmę Grese na śmierć za zbrodnie przeciwko ludzkości. Książka Dan'a Browna stanowi uzupełnienie nieznanej historii obozów koncentracyjnych i ukazuje ciemną stronę kobiet nazistek pochłoniętych przez potworną machinę ludobójstwa. Czyta się ją szybko mimo że pełna jest suchych historycznych faktów. Fascynuje jednak transformacją i probą odpowiedzi na pytanie co spowodowało że z prostej dziewczyny Irma Grese stała się aniołem śmierci. Polecam serdecznie.
Daniel Patrick Brown, "Piękna Bestia. Zbrodnie SS-Aufseherin Irmy Grese" tłum. Jan S. Zaus, Wyd. Replika, Zakrzewo 2010.
Zastanawiam się czy dłużej schodzi mi pakowanie się w przed dzień podróży czy tez w poranek planowanego wyjazdu. Zawsze bowiem przypomnę sobie o jakimś drobiazgu który potem staram upchać do bagażu podręcznego.
Zręcznym rzutem "kręglarza" posłał ślizgiem niewielką walizeczkę wzdłóż korytarza która przebywszy dystans zatrzymała sie precyzyjnie tuż obok dwóch walizek stojących już obok wyjścia. Odwrocił się na pięcie i gestem triumfu wystrzelił pięści w powietrze. "Publika" szalała! Wdzięcznym, zamaszystym ruchem ukłonił się nisko niewidzialnej publiczności. Na taką nonszalancję pozwalał sobie tylko bez świadków. Dla kogoś - takie jego zachowanie mogło by wydawać się nieco dziwne więc robił to tylko gdy był sam. Zasłużył na nagrodę. Jednym ruchem otworzył karafkę i nalał do niskiej, pękatej szklaneczki o grubym dnie odrobinę złocistego płynu. Ciecz z entuzjazmem wypełniała szklaneczkę rozbijając sie gwaltownie o jej scianki wirując. Szkocka "tańczyła" jeszcze kiedy zadzwonił telefon. Wyjął go z kieszeni marynarki i spoglądnął na znajomy numer który pojawił się na wyświetlaczu. Wpatrywał się krótką chwilę w migające cyferki po czym schował go z powrotem do kieszeni. Wychylił szklaneczkę i jego usta wypełnił znajomy aromat wypalonych dębowych beczek. Przez chwilę delektował się smakiem po czym przełykając, szybkim ruchem wypełnił niską, pękatą szklaneczkę na nowo. Zanim zdążył poczuć goryczkę raz jeszcze, telefon zadzwonił ponownie. Mając przygotowaną odpowiedź wyciągnął go z kieszeni i odbierając rzucił sucho "Tak?" "Radio Taxi, proszę pana. Jestem pod domem, proszę otworzyć bramę". "Oczywiście" odrzekł i kierując się w stronę hallu nacisnął pilota do bramy. Patrzył przez chwile zamyślony przez okienko w drzwiach wejściowych jak taksówka wjeżdza na dziedziniec i zatacza koło przed wejściem. Po chwili wyciągnął telefon i położył go obok karafki i niskiej, pękatej szklaneczki o grubym dnie. Ubrał płaszcz i skierował się do wyjścia.
Taksówkarz skinął i złapał obie walizki pakując je do bagażnika Mercedesa ktorym przyjechał. Kiwnął dłonią i zasiadł za kierownicą. Zachował się tak profesjonalnie że ja też poczułem chęć bycia profesjonalistą. Załączyłem alarm, pogasilem światła w hallu i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Otwierając drzwi taksówki wepchnąłem w nią mój bagaż podręczny po czym sam zasiadłem na tylnej kanapie. Kierowca ruszył wolno dając mi sygnał bym zamknął bramę. Spojrzałem przez tylną szybe na dom w którym zostawiłem nie tylko telefon, karafkę i niską, pękatą szklaneczkę o grubym dnie. Brama zamknęła się z wolna. Przed nami tylko srebrny asfalt drogi i czerń nocy...
C.D.N



